Zaczyna się niewinnie

Bliskość pali schematy, wciąga w chaos i pokazuje prawdziwe „ja”.

„Życie jest sztuką wyboru. Wyboru między tym, co jest dobre wyłącznie dla nas, a tym, co jest dobre dla nas i dla naszego związku.”
Ewa Wanat, Andrzej Depko, Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie

Wszyscy rodzimy się na autostradzie. Jest oświetlona. Obiecuje bezpieczeństwo, dopóki nie zdejmiemy rąk z kierownicy. Od pierwszego oddechu otacza nas szept. Szept z czasem staje się krzykiem. To krzyk jest instrukcją obsługi własnego ciała. To krzyk jest katalogiem dopuszczalnych westchnień. To krzyk jest mapą. Na mapie zaznaczono tylko jeden kierunek.

Szept mówi nam, jak powinna wyglądać „ona”. Szept mówi nam, jak powinien wyglądać „on”. Szept mówi, jakie role mamy odegrać w tym wielkim, społecznym teatrze. Mamy je odegrać, by publiczność nie zaczęła gwizdać. Uczymy się nosić stroje. Stroje często uwierają w ramionach. Szwy wrzynają się w skórę. Wierzymy, że miłość to prosta linia między punktem A i punktem B. Miłość częściej przypomina fraktal. Fraktal jest skomplikowany, niepowtarzalny, niemożliwy do ujęcia w ramy statystycznej przeciętności.

Związek bywa mylony z meldunkiem. Wydaje nam się, że jeśli dwie osoby zamieszkają w obrębie tych samych czterech ścian, ich światy naturalnie się przenikną. Każdy z nas niesie w sobie archiwum cieni. O tych lądach nie wspomina się przy niedzielnym obiedzie.

Cienie to nasze „mitologie”. Powstały dawno temu. Powstały w pokojach dzieciństwa. Tam pierwszy dotyk tkaniny lub zapach deszczu na rozgrzanym asfalcie zaprogramował nasz przyszły głód. Tam powstają kody, których nie potrafimy rozszyfrować przez resztę życia. Kody sprawiają, że w tłumie szukamy jednej dłoni. Dłoń ma zaciśnięć się na naszym nadgarstku w określony sposób. Sposób jest bolesny.

Największym kłamstwem kultury jest pojęcie „normalności”. To słowo jest wytrychem. Ma ono zamykać usta wszystkim tym, których pragnienia nie mieszczą się w estetyce reklamowych folderów.

Prawda o bliskości rzadko bywa fotogeniczna.

Miłość nie zawsze ma twarz Wenus wyłaniającej się z morskiej piany. Czasem ma twarz kogoś, kto w półmroku pokoju hotelowego prosi, by na chwilę przestać być sobą. Prosi, by oddać kontrolę. Prosi, by zostać związanym sznurem oczekiwań. Sznur paradoksalnie daje poczucie wolności.

Granica między tym, co uznajemy za zdrowe, a tym, co nazywamy odstępstwem, jest cienka jak włos. Granica pęka. Często to, co społeczeństwo piętnuje jako „zejście z drogi”, dla jednostki jest sposobem, by poczuć, że krew płynie w żyłach.

Współczesność podarowała nam lustro o tysiącu twarzy. Lustrem jest ekran. W jego świetle wielu z nas odważyło się nazwać swoje sny po imieniu. Cyfrowe konfesjonały stały się schronieniem dla tych, którzy noszą koszule. Pod koszulą skrywają blizny potrzeb. Nikt z ich otoczenia ich nie rozumie.

Internet nie stworzył nowych pragnień. Internet zdjął z pragnień klątwę wyjątkowości. Okazało się, że to, co braliśmy za samotny obłęd, jest wspólną pieśnią tysięcy ludzi. Ludzie ci marzą, by zostać dostrzeżonym w swojej formie.

Prawdziwa intymność rodzi się tam, gdzie kończy się mapa.

Nie rodzi się w sypialniach. Tam każdy gest jest przewidywalny jak pacierz. Rodzi się, gdy mamy odwagę zjechać na pobocze. To bywa ryzykowne.

Bliźniacze dusze mogą odnaleźć się w bólu. Mogą odnaleźć się w milczeniu. Mogą odnaleźć się w rytuałach. Dla postronnego obserwatora rytuały byłyby niezrozumiałe. Tam dzieje się autentyczne spotkanie człowieka z człowiekiem. Tam nie trzeba udawać Marsa ani Wenus. Tam można być ciałem reagującym na prąd drugiego ciała. Nie potrzeba etykiet. Nie potrzeba sędziów.

Związek jest procesem tłumaczenia jednego języka na drugi. To praca nad wspólnym słownikiem. W słowniku słowo „bezpieczeństwo” dla jednego oznacza dom z ogrodem. Dla drugiego oznacza dłoń zaciśniętą na krtani w akcie zaufania.

Tragedią wielu relacji nie jest brak miłości. Tragedią jest brak odwagi, by być razem.

Dusimy się w konwencjach, które stworzyliśmy. Bojemy się odsłonić prawdziwe oblicze. Bojemy się, że zostaniemy wygnani z kontynentu akceptacji. Nasze „perwersje” są najbardziej ludzkimi elementami naszej natury. Perwersje to wszystko, co unikalne i niepodporządkowane.

W labiryncie szeptów i cieni jedynym kompasem pozostaje uczciwość wobec własnego tętna. Nie chodzi o tętno, które dyktuje zegar. Chodzi o tętno, które przyspiesza na widok gestu, przedmiotu lub tonu głosu.

Miłość nie jest portem, do którego się zawija, by odpocząć. Miłość jest rejsem po morzu chuci. Każda fala może nas zatopić. Każda fala może wynieść nas na szczyt.

Za kilka pokoleń nie będziemy musieli budować szaf, w których chowamy swoje prawdziwe ja. Może nauczymy się patrzeć na różnorodność ludzkiego pożądania z naturalnością. Zanim to nastąpi, pozostaje nam budowanie własnych archipelagów szczęścia poza traktem.

Miłość w postaci to przyzwolenie, by drugi człowiek błądził w naszym towarzystwie. Nie musi obawiać się, że zostanie osądzony. To wspólne rysowanie mapy. Na mapie nie ma już białych plam. Każda ciemność została oświetlona blaskiem wzajemnej akceptacji.

Nie liczy się, jak bardzo nasze życie przypominało model. Liczy się, czy w stereotypach udało się choć raz dotknąć prawdy o sobie. Czy był ktoś, kto trzymał nas za rękę? Dłoń mogła być ubrana w rękawiczkę. Dłoń mogła być skuta kajdankiem. Poza krawędzią mapy, tam gdzie żyły potwory, dziś odkrywamy własną ludzkość. Ludzkość tęskni za wolnością.