Cisza w hali. Ramiona. Stawy. Dłonie jak łapy. Poruszają się. Bez wytchnienia.
Maszyny nie śpią. Nie chorują. Cichy szum bitów zamiast pary.
Chwytamy robota za nadgarstek. Chcemy pokazać ruch. Ruch, którego sami nie potrafimy nazwać.
Spinacz na podłodze. Dla dziecka proste. Dla krzemu bariera.
Ekran iPada to twarz. Toczy się po dywanie. Między boksami.
Widzimy. Słyszymy. Nie czujemy ciężaru. Nie czujemy zapachu.
Samotność zmienia kształt. Cyfrowa. Gładka. Bez krawędzi.
Algorytmy – urzędnicy, co nie mrugają.
Szukamy nisz. Gdzie niedoskonałość nadal cenna.
Maszyny patrzą.
Systemy diagnozują szybciej niż lekarz.
Algorytmy czytają billboardy, gdy wzrok odmawia.
Współpraca z robotem to rzemiosło. Cierpliwość. Pokora.
W krajobrazie algorytmów drobny, ludzki ruch — niemal niedostrzegalny — odzyskuje znaczenie.
Bity zamiast listów. Chmury przechowują wspomnienia.
Biblioteki w smartfonach większe niż dawne królestwa.
Miliony godzin na komentarze. Szukamy bliskości w kodzie.
Relacje przejrzyste. Filtrowane. Przez obcych.
Cyfrowa gładkość uwypukla wartość stosunków, które trwają bez obietnic i finałów.
Czujniki w domach wiedzą więcej niż przyjaciele.
Sterujemy rzeczywistością myślami.
Oddajemy maszynie ostatnie bastiony prywatności.
Androidy nie mają ciał.
Obecność czuć w pustych halach.
W milczących biurach.
Uczymy się biec obok. Modlimy się, by tempo nie zabiło. Wciąż wybieramy.