Szklany ogród

Gra o uwagę w epoce algorytmów i eskalacji emocji.

"Współczesne media przypominają czasem narkomana - tak jak on, żeby istnieć, musi pobierać narkotyk, tak one, żeby utrzymać się na rynku, muszą wstrzykiwać w swoje żyły coraz więcej szoku, wstrząsu, horroru."
Ryszard Kapuściński, Lapidarium V

Mechanizm mediów stał się uzależniony od silnych bodźców. Sensacja nie jest dodatkiem, lecz paliwem. Bez niej — w tej wizji — media obumierają.

Rynek wymusza eskalację emocji. Odbiorca reaguje głównie na szok. Konkurencja prowadzi do „podnoszenia dawki”. Informacja ustępuje miejsca stymulacji. Istnieje spirala: im więcej bodźca, tym mniejsza wrażliwość, więc potrzeba jeszcze więcej. To także brak samoregulacji — zarówno po stronie twórców, jak i odbiorców.

Jakie emocje są w nim ukryte? Rozczarowanie, nieufność, lęk przed degradacją debaty publicznej, może też nuta moralnego oskarżenia. Jest w tym metaforycznym obrazie gniew wobec komercjalizacji uwagi i współczucie dla świata, który „choruje”.

Byłoby to absolutną prawdą w świecie całkowicie podporządkowanym ekonomii uwagi — gdzie: wartością jest wyłącznie klikalność, algorytmy premiują skrajność, odbiorcy są znieczuleni na umiarkowanie, spokojna analiza przegrywa z krzykiem. Czyli w świecie, w którym uwaga stała się walutą, a cisza — bankructwem.

To zdanie nie opisuje faktu statystycznego, lecz diagnozę cywilizacyjną. Jest ostrzeżeniem, nie raportem.

Załóżmy, że autor się myli.

Autor upraszcza.

Media nie są organizmem z jedną wolą ani jednym uzależnieniem. To złożony ekosystem: redakcje śledcze, media lokalne, niszowe portale eksperckie, publicystyka, reportaż, edukacja. Wiele z nich funkcjonuje bez „igieł szoku” — żyje z rzetelności, zaufania, jakości.

Po drugie — to nie media „muszą” wstrzykiwać sensację. To odbiorcy wybierają. Rynek uwagi jest współtworzony. Jeżeli coś się klika, to dlatego, że ktoś klika. Metafora narkomana zdejmuje część odpowiedzialności z odbiorcy i przenosi ją wyłącznie na nadawcę.

Po trzecie — dramatyzm bywa funkcją rzeczywistości, a nie manipulacji. Wojny, kryzysy, katastrofy nie są „dawką horroru”, lecz faktami. Media mogą je nagłaśniać nie z uzależnienia, lecz z obowiązku.

Wreszcie — metafora sugeruje degenerację i brak kontroli. Tymczasem wiele redakcji działa według standardów, etyki, korekt, odpowiedzialności. Narkoman traci wolność. Media wciąż ją posiadają.

A jednak — gdzie autor może mieć rację? W logice algorytmów.

Platformy cyfrowe premiują to, co wywołuje silną reakcję: oburzenie, strach, zachwyt, gniew. Neutralność rzadko generuje zaangażowanie. A zaangażowanie przekłada się na zysk.

Tu pojawia się spirala. Im więcej bodźców, tym szybciej się do nich przyzwyczajamy. Im bardziej jesteśmy przyzwyczajeni, tym mocniejszy bodziec trzeba podać. To już przypomina mechanizm tolerancji znany z uzależnień.

Ponadto część mediów rzeczywiście konkuruje nie jakością informacji, lecz intensywnością emocji. Nagłówki bywają ostrzejsze niż treść. Groza bywa przeskalowana. Skandal — wyolbrzymiony. Nie zawsze, ale często.

Autor trafia też w coś głębszego: w przemianę funkcji mediów. Z narzędzia opisu świata stają się one czasem maszyną do produkcji przeżyć.

I właśnie tu rodzi się napięcie. Bo media nie są ani wyłącznie chore, ani niewinne.

Są lustrem i wzmacniaczem. Odpowiadają na nasze pragnienie emocji — i jednocześnie je podkręcają. Karmią się rynkiem — i go kształtują.

Jeśli autor się myli, to dlatego, że widzi tylko patologię. Jeśli ma rację, to dlatego, że dostrzega mechanizm eskalacji.

A twórcza energia pojawia się dokładnie w tym miejscu: między odpowiedzialnością mediów a odpowiedzialnością odbiorców. Między informacją a stymulacją. Między opisem świata a jego podkręcaniem.

To nie jest czarno-białe. To napięte. A napięcie zawsze znaczy, że coś żyje.