Ktoś wtedy był tu jeszcze ciekaw świata, rozrywki, miał nadzieję albo przynajmniej chciał ją mieć. Ale dwadzieścia lat to kupa czasu, tony deszczu i setki tysięcy kilometrów na godzinę wiatru od Wisły. Miliony liter w nekrologach i klepsydrach.
Był tu ktoś, kto jeszcze chciał wierzyć.
Świat był do dotknięcia, jak poręcz na schodach prowadzących w dół do rzeki.
Czas nie ciążył, tylko płynął — nie wiadomo dokąd, ale wystarczająco wolno, by wierzyć, że można go dogonić.
A potem przyszło dwadzieścia lat. Dużo lat, dużo wody, dużo imion zapisanych drobnym drukiem, układających się w alfabet strat.
Nadzieja nie zniknęła — raczej zmieniła adres, wyprowadziła się bez pożegnania, zostawiając po sobie ciszę i kilka nieodebranych myśli.
Świecie, czy to wszystko było po coś, czy tylko po drodze?
Być może odpowiedź już padła — albo właśnie milczy, udając, że jeszcze nie czas.