Czas osiadły

To opowieść o momencie, w którym świat był jeszcze blisko, a przyszłość wydawała się osiągalna — zanim lata zamieniły się w ciężar, a nadzieja nauczyła się mówić szeptem.

Ktoś wtedy był tu jeszcze ciekaw świata, rozrywki, miał nadzieję albo przynajmniej chciał ją mieć. Ale dwadzieścia lat to kupa czasu, tony deszczu i setki tysięcy kilometrów na godzinę wiatru od Wisły. Miliony liter w nekrologach i klepsydrach.
Paweł Sołtys, Mikrotyki

Był tu ktoś, kto jeszcze chciał wierzyć.

Świat był do dotknięcia, jak poręcz na schodach prowadzących w dół do rzeki.

Czas nie ciążył, tylko płynął — nie wiadomo dokąd, ale wystarczająco wolno, by wierzyć, że można go dogonić.

A potem przyszło dwadzieścia lat. Dużo lat, dużo wody, dużo imion zapisanych drobnym drukiem, układających się w alfabet strat.

Nadzieja nie zniknęła — raczej zmieniła adres, wyprowadziła się bez pożegnania, zostawiając po sobie ciszę i kilka nieodebranych myśli.

Świecie, czy to wszystko było po coś, czy tylko po drodze?

Być może odpowiedź już padła — albo właśnie milczy, udając, że jeszcze nie czas.